Dla mnie to był bardzo ważny weekend w moim życiu i zresztą od początku wiedziałam, że tak będzie, bo „przywlokłam” tam ze sobą ogromny ciężar, który leżał mi na sercu. Od bardzo dawna czekałam na Boże Słowo dla mnie, na słowo posilenia, bo byłam prawdziwie umęczona. Nie wiedziałam jak długo jeszcze muszę dźwigać mój problem zanim się ostatecznie nie rozwiąże, ale czułam że na dłużej nie mam już siły. Muszę tu jednak nakreślić pewien kontekst.
Przyjęłam Jezusa Chrystusa do mojego serca kilkanaście lat temu. To były piękne lata, były problemy w życiu ale nigdy Pan o mnie nie zapominał. Dał mi wspaniałego męża. Kiedy się pobieraliśmy wyobrażaliśmy sobie, że będziemy wspólnie służyć Bogu, jednocześnie oboje uważaliśmy że chyba nie powinniśmy mieć dzieci. Nie byliśmy tego do końca pewni ale wydawało nam się, że tak chce Bóg, który może chce w pełni wykorzystać nasz czas. Wierzę, że jeśli Pan ma wobec nas jakiś plan to nakierowuje na ten cel nasze pragnienia, bo On „sprawia w nas chcenie”. I pewnego dnia mąż powiedział mi, że powinniśmy mieć dzieci, czuje że Bóg tego chce i on tego pragnie. Byłam zaskoczona tym jak działa Bóg, bo ja w tym czasie czułam to samo. Wyraźnie czułam jak Bóg wkłada mi to w moje serce i było to dla mnie piękne, że w jednym czasie Bóg wykonał tę pracę w nas obojgu. Wiedzieliśmy, że możemy mieć problem ze względu na pewne moje schorzenie, które utrudnia zajście w ciąże. Ale modliłam się. Z wiarą. Nie spodziewałam się jednak, że problem będzie aż tak wielki, a sprawa obierze dziwny dla mnie obrót. Po kilku nieudanych próbach i nieudanych leczeniach moja wiara zaczęła upadać. Nie wiedziałam co się dzieje. Dlaczego Bóg najpierw włożył w moje serce to pragnienie a potem jakby zrobił wszystko, żeby ono się nie spełniło. Czy Bóg porzucił swoją obietnicę dla mnie? A może nigdy jej nie było, może to tylko moja wyobraźnia, nadinterpretacja zdarzeń? Ciężko jest wytłumaczyć cały ból psychiczny, który przeżywa kobieta w trakcie leczenia niepłodności. Kolejne nadzieje i kolejne rozczarowania. I tak przez kilka lat. Wierzcie mi, że nie należę do pesymistów ani osób słabych psychicznie, ale popadłam w depresję. W lokalnej wspólnocie nie mogłam śpiewać. Czułam, że nie ma we mnie żadnej pieśni chwały. Czułam wewnętrzną izolację i pustkę. I milczenie Boga, które było dla mnie najstraszniejsze ze wszystkiego. Czytałam Jego Słowo, o tym że Izaak modlił się 20 lat za niepłodną Rebeką. I wydało mi się to okrutne. Dlaczego czasem Bóg milczy aż tak długo? Nie, czułam, że ja nie jestem w stanie nawet jeszcze jednego roku dłużej. To jest ponad moje siły. Modliłam się, żeby Bóg zabrał to pragnienie dziecka z mojego serca z powrotem. Potem jęczałam w bólu i pytałam Go dlaczego nie spełnia swej obietnicy. Dlaczego On mnie odciął od swojego błogosławieństwa, które dał ludziom przy stworzeniu gdy powiedział „rozradzajcie się”? Czy jestem Mu niemiła? Wiem, że jestem grzeszna i nie mam zasługi żadnej przed nim ale przecież nie proszę o to jak o coś co mi się należy jako zapłata za moje dobre uczynki tylko tak jak się prosi o litość i łaskę. Rozmawiałam z różnymi osobami z mojej wspólnoty i z innych wspólnot. I chyba nigdy w życiu nie usłyszałam tak wielu różnych opinii na temat modlitwy. Niektórzy mówili, że nie powinnam się modlić o dziecko, bo chrześcijanin nie powinien modlić się o nic konkretnego, bo to tak jakby narzucać Bogu swoją wolę. Bóg sam wie, co nam dać; a jak się będę tak usilnie modlić to w końcu urodzę jakieś chore albo kalekie dziecko za karę. Rany! Czy chore dzieci zdarzają się tylko kobietom niepłodnym, które proszą? Przecież to może się zdarzyć każdej z nas.
Nie ma gorszego doświadczenia w życiu chrześcijanina od zagubienia. Tyle głosów wokół i nie wiesz, który jest od Pana, a który od przeciwnika. Serce pragnie się modlić ale strach działa i mówi: „a jeśli Bóg rzeczywiście pogniewa się na ciebie?”. Stanęłam na rozdrożu, nie umiałam oddawać chwały Ojcu, do którego nie można się zwrócić z konkretną prośbą, czułam, że to nie jest Ojciec Biblii; ale nie umiałam też modlić się z wiarą, że On naprawdę może zaingerować i coś zmienić. Tak bardzo kocham Pana, z całego serca, i Jego milczenie mnie zabijało i niemiłosiernie bolało. Tak bardzo pragnęłam, żeby mnie posilił, jednym drobnym słowem, ale nie było nic. Nikogo do mnie nie posłał. Wyobrażacie sobie, że chodzicie na nabożeństwa w każdą niedzielę i od wielu miesięcy nie ma żadnego Słowa dla Was od Pana? Czułam się zapomniana przez Boga i ludzi. Czułam wszystko dokładnie odwrotnie niż słowa każdej pieśni, którą na warsztatach ćwiczyliśmy, czułam: I am forgotten, I am forsaken, He is not able, I am not a friend of God, He doesn’t know my name.
Zapisanie się na warsztaty było aktem desperackiej próby odnalezienia mojej zgubionej ścieżki do Pana. W moim sercu nie było żadnej pieśni chwały, ale czułam, że Pan musi dać mi jakiś znak, jakieś Słowo, że nie może być inaczej, bo jeśli i tym razem nie pośle mi żadnego swojego Słowa to… nie wiem, nie wiem co ze mną będzie. Tak bardzo Go kocham, i tak bardzo chciałam Go odnaleźć, usłyszeć jego głos spomiędzy mnóstwa innych głosów. Znowu Go usłyszeć i rozpoznać, że to ON. I wybiec Mu naprzeciw, jak dziecko przytulić się w ciepłe Ramiona.
Gdy na warsztatach wzięłam śpiewnik do ręki po raz pierwszy i zajrzałam w słowa pomyślałam z politowaniem: „matko! Jak ja mam to z siebie wyśpiewać, kiedy czuję dokładnie odwrotnie?”. Miałam problem żeby śpiewać bo nieustannie czułam w gardle łzy. Kiedy pierwszego dnia warsztatów Gerald dał krótkie świadectwo i wspomniał o swojej depresji, wiedziałam, że mówi do mnie, choć on sam o tym nie wiedział.
Gdy na warsztatach wzięłam śpiewnik do ręki po raz pierwszy i zajrzałam w słowa pomyślałam z politowaniem: „matko! Jak ja mam to z siebie wyśpiewać, kiedy czuję dokładnie odwrotnie?”. Miałam problem żeby śpiewać bo nieustannie czułam w gardle łzy. Kiedy pierwszego dnia warsztatów Gerald dał krótkie świadectwo i wspomniał o swojej depresji, wiedziałam, że mówi do mnie, choć on sam o tym nie wiedział.
TO BYŁ PAN! PANIE, znowu ze mną rozmawiasz! Bóg dotykał się mnie, dotykał się mojego ciężaru, który tu przytargałam ze sobą. Poruszał nim. Popłakałam się. Nie wiem jakimi słowami mogę Wam opowiedzieć o tym, co się ze mną działo jak następnego dnia Peter zaczął mówić o problemach i ciężarach. Jeśli ktoś z Was zastanawiał się czy to Słowo jest dla kogoś, to mówię Wam że to było do mnie. Rozryczałam się jak ostatnia beksa. Peter podszedł i mówi: „tell it”, a ja, że nie jestem w stanie. Peter mówi, że moja wiara mi pomoże, a ja że już nie wiem czy ją mam. A on na to: „to co kazało ci wstać? Gdybyś jej nie miała pozostałabyś na krześle”. I powiedziałam.
W tej chwili, która się wtedy wydarzyła, kiedy Peter podszedł i przytulił mnie dopiero wtedy uświadomiłam sobie jak bardzo tego potrzebowałam i że tak długo, od kilku lat nikomu, oprócz mojego męża, nie umiałam opowiedzieć o moim problemie pokazując całe moje zagubienie i cierpienie jakie temu towarzyszy. Zostałam posilona. Tak długo na to czekałam. I odnalazłam mojego Pana. Odnalazłam moją modlitwę do mojego Pana! I z całą pewnością mogę to powiedzieć, że Jego Słowo nie ostrzega nas przed usilną modlitwą, ale zachęca do niej, a kiedy prosimy o chleb On nie daje nam kamienia. Po koncercie Gerald mówi mi: „Ewa, modliłem się za ciebie”. Modlił się, żeby Bóg mnie pobłogosławił. I żebym mogła te wszystkie słowa pieśni wyśpiewać. Jestem o tym przekonana, że wtedy kiedy jedni ludzie pisali te pieśni, i kiedy później inni ludzie zastanawiali się nad doborem pieśni do repertuaru tegorocznych warsztatów wtedy Bóg myślał o mnie. Każde zdanie, każde jedno słowo Bóg umieścił w tych pieśniach dla mnie. Przesłanie jakie Bóg mi pozostawił po tych warsztatach to: „YOU ARE NOT FORGOTTEN”. Czy to wyśpiewałam? Wykrzyczałam z siebie!
I AM NOT FORGOTTEN !
I AM NOT FORSAKEN !
HE KNOWS MY NAME !
HE CALLS ME FRIEND !
ALL IN HIS HANDS.
ALL OF MY BURDENS AND PROBLEMS, I PUT THEM ALL IN HIS HANDS.
HE’S ABLE!!!
I WILL PRAISE YOU, GOD!
I AM NOT FORSAKEN !
HE KNOWS MY NAME !
HE CALLS ME FRIEND !
ALL IN HIS HANDS.
ALL OF MY BURDENS AND PROBLEMS, I PUT THEM ALL IN HIS HANDS.
HE’S ABLE!!!
I WILL PRAISE YOU, GOD!
Ewa.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz